Massive Attack – Splitting The Atom EP

wrzesień 19, 2009 - autor: Przemo

Właśnie słucham najnowszej EPki Massive Attack. Jestem zachwycony, w przeciwieństwie do pana Kota, recenzenta z portalu Onet.pl. Dla utrzymania porządku najpierw przedstawię własne zdanie.

Składające się z czterech kawałków, zapowiadające duży album wydawnictwo obudziło we mnie wspomnienia dawnego Massive Attack, pokazało, że ta formacja nadaj tworzy równie wspaniałą muzykę. Płytka zawiera stonowany, ale bardzo ciekawie skomponowany i wpadający w ucho materiał. Trudno zgodzic się z tezą pana Kota, jakoby Massive Attack nie pokazywali nic nowego. Nowe oblicze MA wydaje mi się być bardziej uporządkowane, zarazem zaskakujące. W czterech kompozycjach można zauważyć płynnie połamany rytm. Broken beats w ogóle się nie narzucają a jednak cały czas są obecne, tworzą bardzo specyficzny, intymny klimat.

Peace Orchestra

wrzesień 19, 2009 - autor: Przemo

Na półce z jazzem znalazłem ostatnio pewną ciekawostkę. Peace Orchestra to solowy projekt Petera Krudera, austriackiego producenta i dj’a. Pierwszy album zatytułowany po prostu Peace Orchestra został wydany w 1999 roku, trzy lata później ukazał się Reset – album zawierający remiksy z PO (bez skojarzeń z polityką).

Dzisiaj chciałbym tylko polecić Wam płytę Peace Orchestra. Znajdziecie na niej dziewięć fantastycznych utworów, które powstały dzięki umiejętnemu łączeniu brzmień jazzu i trip-hopu. Muzyka, jak łatwo się domyślić, została sklejona z sampli. Mi udało się rozpoznać np. fragmenty wokalu Lee Hookera, w utworze Domination.

Wiele osób zna utwór Who Am I, który pojawił się w filmie animowanym Animatrix, inspirowanym Matrixem. Moim ulubionym “kawałkiem” jest nieco dekadencki Shining.

Dodam tylko, że płyta ukazała się nakładem G Stone a nie !K7 (jak napisałem na prywatnym blogu).

Kończymy

lipiec 24, 2009 - autor: Przemo

Zawsze twierdziłem, że nie każdy może pisać o muzyce. Niedawno zrozumiałem, że ja też zaliczam się do osób, które nie powinny. Nigdy nie miałem ambicji ku temu by określać co w muzyce jest dobre a co złe. Mam swój gust ale nauczyłem się, że nie ma złej muzyki, można mówić co najwyżej o niedopasowaniu do odbiorcy.

Przesłuchałem niezliczoną ilość płyt, przeczytałem kosmiczną ilość prasy i książek poświęconych muzykom i zjawiskom fonograficznym, przejrzałem masę stron internetowych poświęconych muzyce. Prowadziłem portal internetowy o muzyce rockowej a w pracy dziennikarskiej najwięcej uwagi poświęcałem wydarzeniom muzycznym. Wszystko to, na dzień dzisiejszy, marność.

Aby dobrze opisywać to co się słyszy nie wystarczy odrobina umiejętności dziennikarsko-pisarskich, nie wystarczy wyrobione zdanie i pakiet poglądów na muzykę, ewentualne wykształcenie muzyczne też nie daje wiele. Najważniejsze jest to, żeby słuchać, tego co się opisuje i jeszcze więcej.

Dzisiaj muzyka rozwija się troszeczkę inaczej niż kiedyś. Kolejne wydawnictwa fonograficzne pełne są nietypowych duetów, gości albo (najfajniejsze) mniej lub bardziej subtelnych aluzji do twórczości innych muzyków. Czasami potrafię takie rzeczy wyłapać, opisać. Bywa, że zarzucam innym ludziom opisującym muzykę błędy. Nie wszyscy domorośli dziennikarze muzyczni wiedzą co słyszą na ostatnim albumie Comy, cóż dopiero mówić o młodzieży opisującej płyty Kultu, Kazika, Buldoga – nie wiedzą o czym piszą, najczęściej dlatego, że nie otarli się nawet o muzykę Ellingtona czy Hancocka. Ba! Nawet nie znają postaci Tomka Glazika.

Osobiście czuję się słaby, ponieważ dopiero teraz wpadają mi w ręce płyty, bez których opisywanie muzyki nawet rockowej czy popowej jest zupełnie bez sensu. Tak naprawdę to dopiero płyty Skalpela skłoniły mnie by sięgnąć po muzyków psj. Jak dotąd znałem jedynie niektóre fragmenty dorobku najwybitniejszych twórców, jak Komeda, czy Stańko. Im dłużej się tym interesuję tym szybciej wydłuża się lista płyt, które powinienem przesłuchać, zrozumieć i zapamiętać – wkraczam w jazz tradycyjny, wychodzę poza granice krajowej twórczości. Nie wspominając o setkach biografii, które powinienem przeczytać.

A muzyka współczesna? Bardziej rozrywkowa? Cóż. Na moim biurku leżą teraz dwie płyty. Pierwsza z nich to ostatni album artysty o pseudonimie TrickyKnowle West Boy (bardzo fajna). Druga zaś to jedna z najlepszych płyt hip-hopowych: Upwards – brytyjskiego rapera – Ty. O tyle o ile brak Ty na mojej półce mogę sobie wybaczyć (płyta faktycznie świetna ale przecież nigdy nie lubiłem hip-hopu) to jednak cenię sobie bardzo Massive Attack, Portishead, Bonobo więc taki trip-hopowy gigant jak Tricki winien gościć w moim odtwarzaczu CD już od bardzo dawna.

Tyle jeżeli chodzi o fonografię. Co zaś się tyczy opisywania instrumentów to jest to kiepski pomysł z prostych przyczyn… Z nowościami mam rzadko do czynienia. Czasami ja albo ktoś znajomy kupi jakiś fajny sprzęt albo ja posiedzę w salonie muzycznym i testuję. To jest jednak mało.

Mógłbym napisać wiele ciekawych rzeczy dotyczących obróbki dźwięku albo opisywać tu systemy muzyczne czy też wtyczki. Również i w tym nie widzę sensu. Taką wiedzę i umiejętności zdobywa się trudno. Cóż z tego, że zapłacisz tysiąc złociszy za szybki kurs realizatora, skoro nauczą Cię tam czym jest midi i czym się różni synteza FM od tablicowej, pokażą jakie znaczenie na koncercie ma korektor i wytłumaczą co to właściwie jest “końcówka mocy”. Tak na prawdę, żeby się czegoś nauczyć trzeba mieć kasę i znajomości i najważniejsze – masę czasu by dłubać. Wywalanie informacji w formie idiotoodpornej jest szkodliwe. Można nakręcić tylko ludzi chcących się pobawić, albo spowodować, że niektórzy będą zajmować się czymś, do czego się nie nadają. Zdolny, młody człowiek i tak sam sobie poradzi. Prawda o komputerowych aspektach muzyki wydaje mi się być prosta. Nawet kretyński eJay jest bardzo dobrym programem, jeżeli użytkownik potrafi zauważać pewne zjawiska i wyciągać wnioski (by w pewnym momencie odrzucić amatorskie rozwiązania).

Do tego dochodzi zwykły brak czasu. Jestem zawalony sprawami mojej kapeli, nie zrealizowaną do końca własną demówką, dziesiątkami bootlegów, które zarejestrowałem i powinienem sprawić by ich słuchanie nie było przykrym doświadczeniem. Nawet koncert Firebird VII, którego fragment udostępniłem muszę zrobić od nowa, nieco inaczej. Ostatnio miałem nieprzyjemne doświadczenie z pewną, trójmiejską firmą fonograficzną, co zahamowało moją pracę nad własnym studiem.

Musze usłyszeć więcej, nauczyć się więcej i ruszyć zaległe tematy. Wygląda na to, że za opisywanie muzyki nie zabiorę się przez najbliższe dwadzieścia lat. Nie usówam adresu ani zawartości. Może mi odbije i wrócę, a może coś się komuś przyda.

Na koniec polecam Wam ciekawe witryny poświęcone muzyce:

JazzLog
Unknown Art

Pozdrawiam serdecznie.

(pw)

Świat po Michaelu

czerwiec 26, 2009 - autor: Przemo

Nie będzie garści faktów o artyście i jego dziełach. Nie będzie podsumowania. Śmierć Jacksona to wielka strata. Miał nagrać jeszcze sporo fantastycznego materiału. Dobrze jednak, że był, że zrobił to co zrobił.

Żal mi przyszłych pokoleń, współczesnych w sumie też. Wspomniałem o tym na prywatnym blogu – z silnego człowieka zostało 45 kilogramów, gigantyczny majątek rozpłynął się. Wspaniały artysta, który wewnątrz był dzieckiem odszedł a razem z nim minęła epoka szacunku dla muzyki.

Otoczenia Michaela zabiło Króla Popu a całe nasze pokolenie zabiło muzykę. Zostały gwiazdy składające się z wielkiej dupy i brokatu. Pokolenie pierdolonych empetrójek kupuje płyty ziejące artystyczną pustką, rozbija albumy na kawałki i pakuje do ipodów.

Jest Timbaland i setki innych producentów muzycznych, którzy generują hity jak tylko wydawca pierdnie dolarem. Jednak już nie na taką skalę, Sukcesu Jacksona nie powtórzy już nikt. Choćby dlatego, że dzisiaj panuje inne podejście do produkcji muzyki. Obecnie muzyka pop jest fastfoodem, nie zawiera już wartości, nie jest pełnym dziełem, nie ma otoczki stylistycznej. Fenomen polega na tym, że dzieła Michaela (i Quincy Jones’a) są sztuka a nie paczką frytek.

ScAryzona?

czerwiec 24, 2009 - autor: Przemo

Pierwszą muzyką, którą naprawdę pokochałem były dźwięki zespołu Nirvana (amerykańska – grungeowa a nie brytyjska – jakaś tam). Nie wstydzę się tego, przeciwnie. Słuchałem Nirvany w czasach gdy rówieśnicy nie bardzo rozumieli skąd się bierze i czym w ogóle jest muzyka, słuchałem tegoż zespołu dalej, gdy reszta kochała Backstreet Boys.

Później odkryłem Kult (polski) i Republikę a niedługo nad umysłami moich rówieśników miał zapanować hip-hop. W 1997 roku spotkałem się z określeniem “trip-hop”. Hip-Hop mnie nie interesował i wątpiłem by coś o tak podobnej nazwie mogło zabrać mi więcej niż godzinę czasu. Jako młody człowiek chciałem jednak sprawdzić czym jest trip-hop, czy podobieństwo do hula-hopu przejawia się jedynie w nazwie i jakie są różnice. Chyba zastanawiałem się raczej nad tym jak przekłada się brzmienie na nazewnictwo. Trudno jednak wysłowić jak wielkie wrażenie zrobiła na mnie płyta Portishead.

Poszukiwanie muzyki nie było wtedy tak łatwe jak jest obecnie. Nie miałem komputera a internet był w ogóle raczej nowym wynalazkiem (nowym dla świata, co dopiero mówić o polskiej sieci globalnej…). Zamiast komputera miałem na biurku radiomagnetofony. Słuchałem Trójki i nagrywałem. Portishead i Massive Attack. Dzięki Trójce miałem też Unplugged Nirvany i wiele innych, fantastycznych płyt z różnych półek.

Chcę jednak wrócić do hip-hopu. Kiedy poszedłem do szkoły średniej okazał się, że wszyscy słuchają tej muzyki. W trzeciej klasie postanowiłem się przełamać i spróbować zrozumieć o co idzie szeroko-kroczącym. Przesłuchałem kilkanaście albumów i składanek zawierających rodzimą muzykę luzacką. Nie odnalazłem swojego klimatu i nawet nie próbowałem zrozumieć co oni w tym widzą. Na szczycie gównianej góry znajdowała się “perełka”, czyli Kinematografia – Paktofoniki. Może nie była szczytem błyskotliwości i przejawem muzycznego geniuszu ale na prawdę fajnie się tego słuchało. Czas między piętnastym o dziewiętnastym rokiem życia upłynął mi jednak pod znakiem punkrocka.

Bezdyskusyjnie pozytywną cechą punka był brak zrozumienia u większości społeczeństwa, agresja i energia, którą mogłem wykorzystać dowolnie. Po drodze Coma pierwszy raz wyszła z mroku. Głos Roguca i nietypowa jak na tamte czasy stylistyka sekcji rytmicznej miała później przykuć mnie do muzyki zespołu Tool. Wtedy wszystko zaczęło się klarować. Później przyszedł Jazz a nie tak dawno temu znowu ktoś użył przy mnie nazwy Portishead.

Nie będę już wracał do pisania o trip-hopie, chciałem wyjaśnić jeden z nietypowych powodów mojego (najpierw) zainteresowania i (później) mojej miłości do jazzu.
Często spotykam się z tym, że ludzie, którzy w jakiś sposób zajmują się muzyką nie najłatwiejszą, określają siebie samych jako złych, dostrzegają że są lubiani w bardzo specyficzny sposób.

Niedawno to zrozumiałem a tekst ów jest właściwie drugą próbą wyjaśnienia tego zjawiska. Szczerze mówiąc w jazzie nie chodzi mi tylko i wyłącznie o piękne dźwięki, o atmosferę i przeczysty dźwięk płyty Piano, o plastyczne brzmienia Komedy. Nie najważniejszą, jednak bardzo ważną sprawą jest spokój na poziomie społecznym. Otóż rock, punkrock czy nawet trip-hop są mniej lub bardziej rozumiane.

Zawsze, w każdym kurwa dialogu na temat muzyki każdy wsadzi coś od siebie. Jakieś zajebiście odkrywcze zdanie na temat riffu, czasami nawet pojawi się jakieś porównani gitarzystów. Prawda jest taka, że słyszałem już wszystkie możliwe opinie na temat niektórych stylów muzycznych (choć trip-hop pojawia się na ludzkich językach raczej nie często) i nudzi mnie dyskutowanie na tematy, które są tak cholernie oklepane.

Od kiedy odkrywam muzykę jazzową jestem zwolniony z obowiązku towarzyskiej rozmowy o muzyce. Albo ktoś nie zna nazwisk, które przytaczam albo nie zna twórczości tych ludzi a jak już nawet ktoś coś słyszał to pobieżnie a jeśli nawet jakimś cudem ktoś wytrwał w słuchaniu płyty do końca to najczęściej nie potrafi lub boi się wypowiedzieć na jej temat szerzej niż za pomocą kilku słów.

Mówiąc prościej – muzyka zawsze była dla mnie sposobem na ucieczkę od świata, szarości, problemów… muzyka pełni tą rolę dla każdego z nas a mi pomaga także skutecznie i trwale odizolować się od ludzi. Jazz jest najdoskonalszy. Nie tylko działa, dodatkowo większość ludzi nie jest w stanie zrozumieć jak działa :D

Do niektórych dźwięków trzeba dorosnąć.

Waves X-Noise

czerwiec 13, 2009 - autor: Przemo

Problem szumów w nagraniu jest znany wszystkim, którzy domowymi sposobami rejestrują dźwięk. Na forach internetowych często pojawiają się pytania o to jak skutecznie usunąć szum ze ścieżki. Kiedyś sam poszukiwałem rozwiązania tego problemu, wiem, że informacje z polskich forów internetowych są na ogół niezadowalające.

Najczęściej spotykaną radą na niechciany dźwięk jest odszumiacz wbudowany w Audacity (darmowy i chyba opensourceowy DAW). Odszumiacz, znajdujący się w bibliotece efektów tegoż programu, jest jednak narzędziem bardzo dalekim od doskonałości. Praca z nim polega na zaznaczeniu w śladzie próbki szumu i określeniu stopnia odszumiania. Definiujemy ile szumu chcemy usunąć, nie dysponujemy żadnymi jednostkami, przesuwamy jedynie suwak w lewo (mniej) lub w prawo (więcej). Zależnie od tego co i jak nagraliśmy – odszumiacz potrafi dać dobre efekty, jednak zdarza się wyłącznie w wypadku prostych nagrań.

Cóż jednak, gdy nagrywamy koncert albo próbę zespołu rockowego? W takim przypadku musimy zachować w dobrym stanie dźwięk na wielu częstotliwościach, musimy w miarę precyzyjnie wskazać szum. Wszystko jest możliwe. Album “With the Lights Out” Nirvany świetnie nadaje się do słuchania, choć większość utworów nagrywana była raczej amatorskimi sposobami. Podobnie setki tysięcy rockowych bootlegów (pomijając te, które brzmią źle :D ).

Może nie najbardziej profesjonalnym ale za to prostym, intuicyjnym i skutecznym rozwiązaniem jest wtyczka X-Noise, opracowana przez firmę Waves, umieszczona wewnątrz pięciu dostępnych zestawów wtyczek.

x-noise

X-Noise świetnie nadaje się do usuwania szumów taśmy, komputera, urządzeń oraz powietrza. Wtyczka jest bardzo skuteczna zarówno gdy pracujesz na poszczególnych ścieżkach, gotowych mixach, właściwie na dowolnym nagraniu. Najciekawszą rzeczą jest to, ze wtyczka ma dwa wyjścia. Wypuścić możesz nie tylko po-procesowe audio ale także różnicę, czyli sam szum. Okazuje się to niezwykle przydatne. Czasami wygodniej jest wypuścić szum na ekran i stopniowo go zwiększać, wycinając go w ten sposób z nagrania.

X-Noise na witrynie producenta.

(pw)

Firebird VII w Sopocie

czerwiec 9, 2009 - autor: Przemo

06 czerwca br., w sopockiej Operze Leśnej wystąpił projekt Phila Manzanery Firebird VII. Gitarzysta Roxy Music zaprosił do współpracy perkusistę Charlesa Haywarda znanego z Quiet Sun, wspaniałego basistę Yarona Stavi oraz Leszka Możdżera.

Muzycy zaprezentowali rockowy repertuar. Około półtora godziny wypełnili świetną muzyką. Mimo, że Leszek Możdżer miał być jedynie “dodatkiem” do rock n’ rolla to jednak maestro przyćmił rockowców swoim stylem i sposobem na odnalezienie się w muzyce.

Do niewątpliwych minusów koncertu należało słabe nagłośnienie. Wyższe partie gitary basowej i doly gitary nieprzyjemnie dudniły. Moim zdaniem koncert powinien być nieco głośniejszy, to też wydaje mi się drobnym niedopatrzeniem akustyków. Od strony muzycznej przeszkadzały mi chwile śpiewu Haywarda.

Do ciekawostek muzycznych zalicza się improwizacja pt “Mexican Hat”. Powstała w dosyć nietypowy sposób – Phil Manzanera rozdał muzykom kartki, na których wypisał ponumerowane akordy, artyści improwizowali w początkowej tonacji i każdy z nich mógł w dowolnej chwili podpowiedzieć innemu numer, muzyk do którego adresowano wypowiedź zmieniał tonację improwizacji na tą, która kryje się pod zadanym numerem.

Jednym z ostatnich utworów była kompozycja Leszka Możdżera pt Firebird. Utwór powstał również w ciekawy sposób. Mistrz wybrał akordy na podstawie liter słowa Firebird, literę I zastępując pauzą. Z tego co zrozumiałem sugerował się ogólną postacią gamy a nie konkretną skalą ( a może użył dźwięku B?). Na początku koncepcja wydawała się chaotyczna, ale oczywiście rozwinęła się we wspaniałą kompozycję.

Ciekawe, że w pewnym momencie Stavi popisał się wspaniałą solówką na gitarze basowej, co docenili nieliczni (na oko – ze dwie osoby nagrodziły basistę brawami). Taki już smutny los basistów, jak już dane jest im zagrać solówkę to nikt tego nie zauważa.

Obiecałem Wam niespodziankę i dotrzymuję słowa. Artyści pozwolili na nagrywanie i fotografowanie występu jedynie podczas pierwszego utworu. Oczywiście przez przypadek miałem w kieszeni dyktafon. W domu udało mi się nieco zredukować poziom szumów, przetworzyłem też nagranie na system stereo i skompresowałem do formatu MP3, z próbkowaniem 320 kbps (bodaj maksymalne dla mp3). Plik ma osiemnaście i pół megabajta i znajduje się tu.

Nie oczekujmy cudów, ale szum da się znieść (słyszałem dużo gorsze nagrania) a fani Leszka Możdżera na pewno chętnie posłuchają.

(pw)

Firebird VII w Sopocie

czerwiec 6, 2009 - autor: Przemo

Jutro o godzinie 20, w sali koncertowej Opery Leśnej, w Sopocie rozpocznie się koncert projektu Firebird VII. Członkiem grupy Phila Manzanery jest Leszek Możdżer.

W poniedziałek zamieszczę relację z koncertu. Jak to zwykle bywa – nie wolno robić zdjęć i filmować koncertu (sala PFK jest jaka jest), jednak postaram się przygotować dla was bardzo ciekawą niespodziankę.

W międzyczasie, tym z was, którzy jeszcze nie czytali, proponuję lekturę ciekawego wywiadu z Leszkiem Możdżerem: http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53668,4917530.html

Zatem… do poniedziałku.

Muzycy, których NIE opiszę

czerwiec 5, 2009 - autor: Przemo

Na prośbę Jacka. Poniższe opinie to moje, subiektywne zdanie.

Jeżeli zamierzamy szukać prawdziwych wartości artystycznych w muzyce to niestety musimy skreślić muzykę rockową.
Nie zajmę się opisywanie płyt zespołu Ścianka. Jest to wspaniała grupa a płyta Dni Wiatru jest świetna. Podobnie nie zajmę się również bardzo dobrymi płytami zespołu Kobiety. Jestem z trójmiasta, znam ludzi, którzy tu grają i tych, którzy grali kiedyś.

Niektórzy ludzie są dla mnie w pewnym sensie autorytetami i nie mogę opisywać ich dokonań. Sam nie czułbym się zbyt dobrze, gdyby opinie o moim działaniu pojawiały się na blogu jakiegoś małolata – nie zależnie od tego jakie by owe opinie były.

O Ściance i Kobietach wspomniałem na innym blogu – stali czytelnicy dobrze wiedzą, że bardzo lubię i szanuję te zespoły i naprawdę nie trzeba nic więcej dodawać. Skoro kolejny raz pytasz o Ściankę to kolejny raz odpowiem, że moim zdaniem najlepszą płytą tego projektu jest Secret Sister.
Jak spróbujesz wspomnieć o zmianach, które zaszły przed Secret Sister to usunę Twoją wypowiedź – zapewniałem już, że znam twórczość zespołu i jego historię.

Co do wartości artystycznej w twórczości Lao Che to faktycznie jest jej mało. Jednak, jak już wspomniałem w ogóle jest mało artyzmu w muzyce rockowej i około-rockowej.

Posłuchaj sobie… a no Ty sobie też posłuchaj. Włącz sobie płyty Pub 700 i Piano – Leszka Możdżera. Tam znajdziesz prawdziwe wartości artystyczne. Ten drugi album zaprowadzi Cię do koncertów w Kolonii i w Montreux – Keitha Jarretta – to jest prawdziwa sztuka w muzyce.

Rock nie jest i nie powinien być szczególnie naładowany sztuką. Rock jest muzyką popularną, łatwą w odbiorze i to wcale nie jest zła cecha. Płyta Powstanie Warszawskie zawiera numery, których fajnie się słucha.

To chyba tyle. Pozdro.

Amon Tobin – Foley Room

czerwiec 3, 2009 - autor: Przemo

Nie bez problemów dorwałem w końcu ostatni album Amona Tobina – bodaj najważniejszego twórcy ze stajni Ninja Tune. Wytwórnia ta jest dla mnie jak nowy, niepoznany jeszcze ląd. Wkroczyłem w ten świat po wielu miesiącach dozowania sobie twórczości duetu Skalpel. Od wielu miesięcy czułem, że nie mam czego słuchać, że wszystkie odkrycia to co najwyżej pojedyncze płyty. Tymbardziej cieszy mnie fakt, że razem z płytami brazylijskiego DJ’a i kompozytora pojawiła się także perspektywa ciągłości odkryć.

Amon TobinNiezwykłość twórczości Amona Tobina polega na jego bardzo osobistym podejściu do muzyki. Mamy do czynienia z didżejem, miksującym sample różnego pochodzenia. Tobin jest też kompozytorem i instrumentalistą. Jego sample to jego własne melodie. Czesto też modyfikuje dźwieki, które na różne sposoby zdobywa, najczęściej samodzielnie je nagrywając.

Foley RoomPowinienem był zacząć od jednoznacznego stwierdzenia, że Tobin jest artystą sceny jazzowej. Jego utworu to elektroniczna, didżejska robota – nowoczesny jazz. Płyta Foley Room powstała przy współudziale wielu artystów a najbardziej charakterystycznym wspóltwórcą okazała się formacja Kronos Quartet – wyjątkowy kwartet smyczkowy. Mistrzostwo w łączeniu dźwięków elektronicznych z brzmieniem klasycznych instrumentów najwyraźniej słychać w otwierającym płytę utworze Bloodstone. Cała płyta stanowi pewną ciągłość. Ciekawe, że niemal klasyczny Bloodstone przeradza się w prawie imprezowy Esther’s. Z każdym taktem calość staje się coraz bardziej psychodeliczna.
Na płycie znajdziemy również mistrzowskie malowanie dźwiękiem, przykładem tego jest kompozycja Horsefish. Płyta Foley Room wywiera spory wpływ na moją wyobraźnię. Nie da się nie myśleć o muzyce, nie możliwe jest też myślenie o dźwiękach. Kompozytor potraktował umysł odbiorcy jak salę kinową, w której rozpoczął projekcję swoich obrazów. Dwa słowa: “opowiadanie dźwiekiem”. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi.
Bardzo polecam. Wszystkim.