Zawsze twierdziłem, że nie każdy może pisać o muzyce. Niedawno zrozumiałem, że ja też zaliczam się do osób, które nie powinny. Nigdy nie miałem ambicji ku temu by określać co w muzyce jest dobre a co złe. Mam swój gust ale nauczyłem się, że nie ma złej muzyki, można mówić co najwyżej o niedopasowaniu do odbiorcy.
Przesłuchałem niezliczoną ilość płyt, przeczytałem kosmiczną ilość prasy i książek poświęconych muzykom i zjawiskom fonograficznym, przejrzałem masę stron internetowych poświęconych muzyce. Prowadziłem portal internetowy o muzyce rockowej a w pracy dziennikarskiej najwięcej uwagi poświęcałem wydarzeniom muzycznym. Wszystko to, na dzień dzisiejszy, marność.
Aby dobrze opisywać to co się słyszy nie wystarczy odrobina umiejętności dziennikarsko-pisarskich, nie wystarczy wyrobione zdanie i pakiet poglądów na muzykę, ewentualne wykształcenie muzyczne też nie daje wiele. Najważniejsze jest to, żeby słuchać, tego co się opisuje i jeszcze więcej.
Dzisiaj muzyka rozwija się troszeczkę inaczej niż kiedyś. Kolejne wydawnictwa fonograficzne pełne są nietypowych duetów, gości albo (najfajniejsze) mniej lub bardziej subtelnych aluzji do twórczości innych muzyków. Czasami potrafię takie rzeczy wyłapać, opisać. Bywa, że zarzucam innym ludziom opisującym muzykę błędy. Nie wszyscy domorośli dziennikarze muzyczni wiedzą co słyszą na ostatnim albumie Comy, cóż dopiero mówić o młodzieży opisującej płyty Kultu, Kazika, Buldoga – nie wiedzą o czym piszą, najczęściej dlatego, że nie otarli się nawet o muzykę Ellingtona czy Hancocka. Ba! Nawet nie znają postaci Tomka Glazika.
Osobiście czuję się słaby, ponieważ dopiero teraz wpadają mi w ręce płyty, bez których opisywanie muzyki nawet rockowej czy popowej jest zupełnie bez sensu. Tak naprawdę to dopiero płyty Skalpela skłoniły mnie by sięgnąć po muzyków psj. Jak dotąd znałem jedynie niektóre fragmenty dorobku najwybitniejszych twórców, jak Komeda, czy Stańko. Im dłużej się tym interesuję tym szybciej wydłuża się lista płyt, które powinienem przesłuchać, zrozumieć i zapamiętać – wkraczam w jazz tradycyjny, wychodzę poza granice krajowej twórczości. Nie wspominając o setkach biografii, które powinienem przeczytać.
A muzyka współczesna? Bardziej rozrywkowa? Cóż. Na moim biurku leżą teraz dwie płyty. Pierwsza z nich to ostatni album artysty o pseudonimie Tricky – Knowle West Boy (bardzo fajna). Druga zaś to jedna z najlepszych płyt hip-hopowych: Upwards – brytyjskiego rapera – Ty. O tyle o ile brak Ty na mojej półce mogę sobie wybaczyć (płyta faktycznie świetna ale przecież nigdy nie lubiłem hip-hopu) to jednak cenię sobie bardzo Massive Attack, Portishead, Bonobo więc taki trip-hopowy gigant jak Tricki winien gościć w moim odtwarzaczu CD już od bardzo dawna.
Tyle jeżeli chodzi o fonografię. Co zaś się tyczy opisywania instrumentów to jest to kiepski pomysł z prostych przyczyn… Z nowościami mam rzadko do czynienia. Czasami ja albo ktoś znajomy kupi jakiś fajny sprzęt albo ja posiedzę w salonie muzycznym i testuję. To jest jednak mało.
Mógłbym napisać wiele ciekawych rzeczy dotyczących obróbki dźwięku albo opisywać tu systemy muzyczne czy też wtyczki. Również i w tym nie widzę sensu. Taką wiedzę i umiejętności zdobywa się trudno. Cóż z tego, że zapłacisz tysiąc złociszy za szybki kurs realizatora, skoro nauczą Cię tam czym jest midi i czym się różni synteza FM od tablicowej, pokażą jakie znaczenie na koncercie ma korektor i wytłumaczą co to właściwie jest “końcówka mocy”. Tak na prawdę, żeby się czegoś nauczyć trzeba mieć kasę i znajomości i najważniejsze – masę czasu by dłubać. Wywalanie informacji w formie idiotoodpornej jest szkodliwe. Można nakręcić tylko ludzi chcących się pobawić, albo spowodować, że niektórzy będą zajmować się czymś, do czego się nie nadają. Zdolny, młody człowiek i tak sam sobie poradzi. Prawda o komputerowych aspektach muzyki wydaje mi się być prosta. Nawet kretyński eJay jest bardzo dobrym programem, jeżeli użytkownik potrafi zauważać pewne zjawiska i wyciągać wnioski (by w pewnym momencie odrzucić amatorskie rozwiązania).
Do tego dochodzi zwykły brak czasu. Jestem zawalony sprawami mojej kapeli, nie zrealizowaną do końca własną demówką, dziesiątkami bootlegów, które zarejestrowałem i powinienem sprawić by ich słuchanie nie było przykrym doświadczeniem. Nawet koncert Firebird VII, którego fragment udostępniłem muszę zrobić od nowa, nieco inaczej. Ostatnio miałem nieprzyjemne doświadczenie z pewną, trójmiejską firmą fonograficzną, co zahamowało moją pracę nad własnym studiem.
Musze usłyszeć więcej, nauczyć się więcej i ruszyć zaległe tematy. Wygląda na to, że za opisywanie muzyki nie zabiorę się przez najbliższe dwadzieścia lat. Nie usówam adresu ani zawartości. Może mi odbije i wrócę, a może coś się komuś przyda.
Na koniec polecam Wam ciekawe witryny poświęcone muzyce:
JazzLog
Unknown Art
Pozdrawiam serdecznie.
(pw)