Chorobliwie subiektywna opinia na temat zespołu Coma, ich koncertów i najnowszego albumu…
Teza, którą trzeba przyjąć
Prawda, z którą trzeba będzie żyć
Świnia pozostanie świnią
I nie zmieni tego nic
Nowa płyta zespołu Coma. Piękne dzieło. Odzyskałem wiarę w ten zespół. Roguc jednak nadal potrafi pisać a Coma potrafi wymyślać nową muzykę. Miałem niedawno przyjemność zamienić słowo z Piotrem Roguckim i z Rafałem Matuszakiem (basistą).
Widziałem w życiu jeden dobry koncert Comy, było to kilka lat temu w gdańskim klubie Parlament. Od tego czasu zespół przeżywa zawirowania – problemy ze stanowiskiem perkusisty i niestety słychać to na koncertach. Moim zdaniem obaj pałkerzy nie dorównują Tomkowi Stasiakowi. Na początku listopada jechałem do klubu Ucho z wizją kolejnego przeciętnego koncertu. “Szaleństwa nie będzie” – myślałem.
Coma zagrała utwory z nowej płyty Hipertrofia, zaczęli od utworu “Party”. To była pierwsza zagadka… co się dzieje, kto gra przed Comą, zespół to czy DJ? Słuchałem “kawałka” i oglądałem wizualizacje, które później przewijały się przez cały koncert. Wyszli gitarzyści, basista, pałker i wyszedł też Roguc. Grają… crossoverowy “Wola istnienia”. Wtedy wszystko się zmieniło. Nowa Coma jest genialna. Ocalili honor po marnej, drugiej płycie. Pochłonęli publiczność i w jakimś dziwnym stanie utrzymali nas do samego końca.
Wczoraj ukazał się dwupłytowy album Hipertrofia. Bezwzględnie genialny. Muzycy uwolnili się z ramek mrocznego hard rocka, z którym nie można się identyfikować. Na nowej płycie znajdziecie brzmienia modern-rockowe (Wola istnienia), Jazzowe (Emigracja), klimat za który tak wielu kocha Łódzki zespół (Pożegnanie z mistrzami), jak zwykle trochę techno
(Party), czystą formę poetycką (Parapet). Nowością jest wyjątkowy sarkazm, który kojarzy mi się z solowymi dokonaniami Kazika. Album przeplatany jest tworami niemuzycznymi. Dopadło mnie skojarzenie z dziwadłami tworzonymi przez Pink Floyd ale okazało się, że nie tędy droga. Specyficzne brzmienie gitar (spotykane często w utworach Comy) wskazuje na inspirację twórczością Toola. Tool także konstruował płyty w nietypowy sposób.
Wyrok: Zajebiście subiektywny. Wszystkie polskie, rockowe płyty… mój ulubiony Kult i tak zachwycające Lao Che… Marność, wszystko marność. Hipertrofia to album najbliższy mojemu, muzycznemu ideałowi.
Problem “Zaprzepaszczonych sił…”
Podzielone są zdania na temat drugiej płyty zespołu Coma. Podobnie jak większość moich znajomych, także i ja zawiodłem się na tym albumie. Są jednak tacy, którzy uważają go za płytę równie dobrą a nawet lepszą od Pierwszego wyjścia z mroku. Myślę, że wiem w czym rzecz.
Ci z nas, którzy wolą zapomnieć o Zaprzepaszczonych siłach wielkiej armii świętych znaków to ludzie, którzy znają Comę od początku, którzy dosyć szybko zapoznali się z albumem debiutanckim. Przeżyliśmy wtedy objawienie i z zapartym tchem czekaliśmy na drugi album. Zachwyciło nas nowatorskie podejście. Po długim czasie zostaliśmy ukarani za naszą cierpliwość. Dostaliśmy Zaprzepaszczone siły… Można napisać: zaprzepaszczone pomysły zespołu Coma. Zawiedliśmy się bo to wydawnictwo było schematycznym odwzorowaniem utworów z pierwszej płyty. Muzycznie nie pojawiło się nic nowego a teksty raziły tym, że są mroczne na siłę.
Ci jednak, którzy pewnego dnia usłyszeli “Słuchaj, jest takie coś jak Coma – geniusze…” i dostali do ręki obie płyty w tym samym czasie – podświadomie traktują Pierwsze wyjście z mroku i Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków jako jedno wydawnictwo, składające się z dwu płyt. Wtedy to ma sens i faktycznie jest bardzo fajne. Wtedy ludzie ci porównują dwie płyty wyłącznie pod kątem tego, który dysk zawiera więcej fajnych kawałków. Jeżeli ktoś nie oczekiwał na drugą płytę i nigdy nie myślał o tym jak ona będzie brzmiała – nie ma problemu z jej odbiorem.
Większość ludzi to jednak osoby obserwujące Come od bardzo długiego czasu – słuchając nowego albumu oddychamy z ulgą. Ponownie odkrywamy coś nowego. Nowy świat, nową Hipertrofię.
Ja zaś – znowu uwielbiam Comę.
(przem)